piątek, 27 lipca 2018

Morderca, krwiopijca, zbrodniarz. Kim według kota jest weterynarz?


Niezawodne trio stawia się w piątek na żądanie. Toffi, Fifi i wujek Kot. Dziś przychodzimy z gorącym, palącym i bolącym tematem. Nawet nie wiecie, jakie straszne rzeczy się dzieją każdego dnia. Te człowieki nadal pozostają na wolności! A właśnie dla nich powinny być przewidziane największe, najgorsze kary! Ten sam ból, który zajadą nam. A o kim mowa? 
Oczywiście, o weterynarzach.

Wujek Kot (Kocieł, Pacanko)

Miałem z nią (panią Doktor) styczność nie raz. Ale każdy jeden raz to był o jeden raz za dużo. Pierwszy raz spotkałem się z panią D. gdy byłem jeszcze dziewczynką. Wtedy pozbawiła mnie godności przy wszystkich, ale i jeden raz powiedziała coś mądrego. Położyła mnie na stole, rozkraczyła łapki (to ten żenujący moment) i oznajmiła, że jestem chłopcem. Wtedy myślałem, że może ją nawet polubię, ale jednak nie wyszło. 

Gdy przyszedłem kolejny raz, dała mi tabletkę na robaki. Tłumaczyłem, że nie mam żadnych robaków, bo wszystkie zjadłem. Oprócz tego pająka, który śpi w kącie, ale nie dam mu tabletki, bo to mój pająk. I w sumie nie jest robakiem. Ale ona nadal swoje. I wiecie co? Okazało się, że tabletkę na robaki mam zjeść ja! Czy ja wam wyglądam na robaka? 

Też mi się tak wydaje, ale może się nie znam. No cóż. Mama chciała dać mi tabletkę, ale jej nie pozwoliłem. Krzyczałem, gryzłem. Drapałem. Trzymali mnie w cztery osoby. W końcu wygrali. Ale ich oplułem, więc jesteśmy kwita. Nienawidzę za to pani D. 

Kolejnym razem dała mi zastrzyk. Bolało niesamowicie. Nakrzyczałem na nią. A potem tak się zmęczyłem, że spałem kilka godzin. A gdy się obudziłem - czegoś mi brakowało. Drugi raz pozbawiła mnie mojej męskiej godności. 

Innym razem jednak uratowała mi życie i, choć dalej jej nie lubię, zacząłem ją szanować. Może wie jednak co robi? Ale tak czy inaczej nie powinna się nad nami znęcać! Dała mi zastrzyki i taki jeden bardzo długi. Mama mówiła, że to kroplówka. Było mi wcześniej zimno i źle, a dzięki pani D. zrobiło się lepiej. 

Toffi (Tofu)

Sama droga do pana Doktora to była masakra! MASAKRA! Wynieśli mnie z domu. To było straszne. Uprowadzenie w biały dzień. Przy ludziach. Inni widzieli i nie reagowali. Potem staliśmy na dworze. Czekaliśmy. Za pierwszym razem tylko nas obejrzał i dał pastę na robaki. Nie była zła, ale akurat nie byłem głodny, więc do oplułem. Po za tym, na jakie robaki? Nigdy żadnego nie widziałem!

Kolejnym razem było o wiele gorzej. Leżałem na tym jego stole. Udawałem, że mnie nie ma. Nawet zamknąłem oczy, żeby nie było mnie widać, ale jakimś cudem mnie zauważył i wziął na ręce. To podchodziło pod molestowanie!

Zważył mnie, pooglądał z każdej strony. Odłożył mnie na miejsce. A ja nadal udawałem, że mnie nie ma, choć i tak wiedziałem, że przecież raz już mnie zauważył. Wziął wielką igłę (miała co najmniej kilometr) i z całą siłą mi ją wbił. Nie ubarwiam nic. Tak było! Naprawdę! A potem zachciało mi się spać. 

Gdy się obudziłem, nie miałem jaj. Naprawdę. Ukradł mi je. Ciekawe po co mu?! PO CO?! Krzyczałem na niego. Takich zbrodniarzy powinno się w więzieniu trzymać, a nie na wolności!

Fifi (Pampuszek)

Ci faceci to takie boidupy. Pan Doktor jest świetnym człowiekiem! Gdy do niego chodzimy, mogę sobie pooglądać świat. Podziwiam. Liczę samochody. Nie znam liczb, ale liczę. Jeszcze się nie wydało, że nie potrafię tego robić. Potem witam się z panem D. Wącham go. On mnie nie - chyba mnie nie lubi. Potem pokazuję mu dupkę, żeby wiedział, że jest moim przyjacielem. On mnie głaska i przytula. Potem dał mi zastrzyk, ale nie bolało. Trzeba być odważnym. 

Jeszcze chwilę sobie oglądałam, co on tam ciekawego ma, a potem poszłam spać. Ot tak, na jego stole. Pozwolił mi. I nie budził. Dopiero, gdy się wyspałam, sama wstałam. Trochę bolał mnie brzuszek, ale pan Doktor dał mi lekarstwo i przestało mnie boleć. To naprawdę dobry człowiek. Potem tata dawał mi lekarstwo, żeby mnie nic nie bolało. 

Znalazłam na brzuszku niteczki. Pojechaliśmy do pana Doktora, a on mi je zabrał. Widać, że mnie lubi, bo mi te niteczki bardzo przeszkadzały. A on je ot tak zabrał i powiedział, że jestem dzielna. 

Złoty człowiek. Oby więcej takich!


A jak wy koci przyjaciele reagujecie na weterynarzy? A może są na podkładzie inne zwierzaki? Dajcie znać w komentarzach :) 

12 komentarzy:

  1. Masz talent do pisania.... z taką lekkościa Ciebie się czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mam kota, ale z opisów znajomych wiem, że nie lubią chodzić do weterynarza.. fajny wpis!
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mam bliznę na ręku po próbach zawiezienia kota do weterynarza ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nasze kocidła jakoś nie są przerażone u weterynarza, przyjmują to ze spokojem i raczej nie widziałam, żeby takim wyprawom towarzyszyły im jakieś większe emocje :) Chociaż tyle dobrego :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Co kot, to inne podejście. Mój kociak najbardziej boi się tego zimnego stołu i zapachu u weterynarza.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ależ się uśmiałam ;D Od razu widać, że znasz swoje koty :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz :) jeśli ci się tu podoba - zostań na dłużej!