Kot kontra śnieg


Pójdziemy na dwór! Naprawdę. Pańcia mi to obiecała, a jak ona coś obiecuje to mamy jakieś 10% szans*, że dotrzyma słowa. Czyli dużo! Mam rację? Więc, skoro mi obiecała, to na pewno pójdziemy na dwór. Już nie mogę się doczekać. Siedzę pod drzwiami i nie wiem, co ze sobą zrobić. Jest dopiero trzecia w nocy, ale nie mogę spać. Pójdę na dwór!


- Kocie! - słyszę nawoływanie. Otwieram powoli oczy. Wyciągam się i w tym samym czasie zauważam, że... nie śpię na swoim łóżku. Jak to się stało? Gdzie ja jestem? Co tu robię?! CO SIĘ ZE MNĄ STAŁO?!

- KOCIE! - krzyk jest głośniejszy. Naprawdę chciałbym wstać, ale jestem taki obolały. Ten dywan był za twardy do spania. Żebym to ja chociaż pamiętał, dlaczego właśnie tu spałem... dlaczego tak się stało.

- KOCIE! - słyszę krzyk z bliska. - A, tu jesteś. Nie możesz przyjść, jak się ciebie woła? - pyta mnie Pańcia, a ja posyłam jej spojrzenie smutnego szczeniaczka. Zawsze działa. - To chociaż się odezwać...? - pyta delikatnie, z dużym wyczuciem. Prycham na nią. Wstaję i sobie idę. 

- Przesadziłeś! Nie pójdziesz na dwór, jak będziesz się tak zachowywać! - krzyczy za mną. Ścina mnie z nóg. Naprawdę. Przewróciłem się na bok, żeby poleżeć na podłodze. Od razu lepiej. Jest dużo wygodniejsza niż dywan. 

Chwila ciszy i spokoju (przyp. red.).

Że co proszę? Właśnie do mnie dotarło, co ona powiedziała. I od razu przypominam sobie, dlaczego obudziłem się na dywanie pod drzwiami. No tak! Czekałem o trzeciej w nocy na Pańcię, żeby pójść na dwór. A że ona spała... to ja też nie omieszkałem. Już wszystko do mnie dociera. Cóż, będę musiał się poświecić dla wyższego celu. Dam radę.

Wstaję i podchodzę do niej. Ocieram się ogonem. To powinno wystarczyć. 

- Chcesz iść na dwór? - pyta mnie. Głupie pytanie. Gdybym nie chciał, to bym się tak nie poniżał prawda? Dotknąłem jej ogonem! To duże poświęcenie. - To chodź. Ale ostrzegam, na dworze pada śnieg. 

Śnieg. Nie wiem co to, ale średnio mnie to interesuję. Gdy słyszę słowo dwór, od razu wiem, że będzie fajnie. Nic innego się dla mnie nie liczy. 

Idę do przedpokoju, w którym spałem całą noc. Przymierzam się do drzwi, ale nie pasuję. Klamka jest obrotowa, a takiej jeszcze nie umiem obsługiwać. Kiedyś była taka zwykła... to były czasy. Otwierałem drzwi, kiedy tylko chciałem, a oni mnie potem szukali. No dobra, zrobiłem tak raz, ale bałem się dworu, więc siedziałem za drzwiami i trzęsła mi się ze strachu dupka. Ale tego akurat nikt nie musi wiedzieć. Potem i tak wymienili klamkę, bym nie umiał sobie poradzić. Spokojnie, i tego dam radę się nauczyć. Potrzebuję tylko troszkę więcej czasu, bo ustrojstwo jest bardzo skomplikowane w obsłudze. 

Tak się zamyśliłem, że nie zauważyłem, kiedy Pańcia założyła mi szelki. No cóż, przeżyję i to, byle tylko pójść na dwór. Czasem nawet udaję, że lubię te szelki, żeby tylko mnie zabrała ze sobą. Ona chyba w to wierzy, bo kiedyś napisała w internecie, że to lubię. Nie będę jej wyprowadzał z błędu, bo jeszcze się poniży przed czytelnikami. Dlatego to właśnie ja powinienem pisać tego bloga, a nie ona. Ot, co!

Pańcia się ubrała. Wygląda jak bałwan. Zabawnie. Daję słowo. Ej, chwila. Dlaczego mam na sobie bluzę? Kiedy ona to zrobiła? Jak to się stało? Ostatnio odbiera mi pamięć... powinienem więcej spać. Tak, zdecydowanie więcej. Dwadzieścia godzin na dobę mi nie służy... 

Wychodzimy na dwór. Udało się. Przebieram szybko łapkami. I nagle - staję jak wryty. Patrzę w górę. Co to za białe puchate pada z nieba? Patrzę w dół. Co to za białe puchate leży na ziemi? Muszę to sprawdzić. Wygląda jak mięciutka podusia. 

Robię krok i czuję coś mokrego na futerku. O nie. Białe puchate spadło mi na futerko. To wcale nie jest takie fajne. 

- Nie dotykaj mnie ty białe puchate! Nie wolno - krzyczę do niego. Pańcia patrzy na mnie dziwnie. Jej to chyba nie przeszkadza. 

- To jest śnieg, kocie - mówi do mnie. Śnieg to ja wiem. Widzę. Ale co to jest to białe puchate? Muszę to sprawdzić. Na pewno jej mięciutkie...

Robię kilka kroków. Wącham. Przykleja mi się do nosa, ale gdy chcę zlizać - już tego nie ma. Co to za magia? Liżę to, ale jest zimne i wodniste. Wiem, jak smakuje woda. Chciałbym wiedzieć, jak smakuje to białe puchate. Liżę dalej, ale nadal tylko woda. No cóż, może białe puchate wcale nie chce być polizane? 

Odpuszczam i zabieram się do skoku. Weźmiemy to białe puchate z zaskoczenia. Rozpędzam się i...

- AAAA!!! Zimne! Mokre! AA!!! Zabierz mnie stąd! Nie chcę tu być! - krzyczę. Pańcia podchodzi do mnie i bierze mnie na ręce. Przytulam się do niej i trzęsę się ze strachu. - To było zimne... i mokre... - żalę się. Przytulam się mocniej. - Zabierz mnie do domu...

I zabiera. Już nie chcę wiedzieć, co to jest to białe puchate. Ale śnieg mi się podobał. Chociaż nadal nie wiem, co to jest i jak wygląda. 


* Jak coś obiecuję, to robię to (wcale nie na 10%). (przyp. red.)